30 grudnia, 2011
26 grudnia, 2011
Narodził mi się w głowie pewien plan pod roboczą
nazwą "izolacja". Narodził się po raz kolejny; nigdy go nie
zrealizowałam. Na czym miałby polegać?
Pewnego dnia wyjeżdżam. Nie mówię nikomu po co, gdzie i z kim. Mówię tylko, że wracam za dwa tygodnie i żeby się nie martwili. Telefon komórkowy zostawiam w domu. Wynajmuję pokój w leśniczówce, gdzieś w Bieszczadach, lub na Suwalszczyźnie. Biorę ze sobą kilka książek, mapy, ubrania, aparat fotograficzny. Pierwszego dnia robię zapasy żywności, żeby potem od czasu do czasu kupować jedynie chleb. Jadę sama. Odcinam się. Chodzę z plecakiem po lesie, patrzę, wącham i smakuję powietrze, fotografuję. Myślę, czytam. Robię sama ognisko, piekę kiełbaski, piję piwo. Sama wpatruję się w dogasające węgielki, spoglądam w gwiazdy. Zasypiam, kiedy chcę. Nie budzi mnie żaden budzik. Nie mam telewizora, radia, komputera. Nie dzwonią znajomi, nie dostaję smsów. Nie inicjuję żadnych kontaktów. Zespalam się z ciszą. Konsumuję upływający czas wg swojego widzimisię. Liczę wg swojego licznika. Mogę go spowalniać, przyspieszać.
Poczułabym siebie. Może nie chciałabym wracać?
Pewnego dnia wyjeżdżam. Nie mówię nikomu po co, gdzie i z kim. Mówię tylko, że wracam za dwa tygodnie i żeby się nie martwili. Telefon komórkowy zostawiam w domu. Wynajmuję pokój w leśniczówce, gdzieś w Bieszczadach, lub na Suwalszczyźnie. Biorę ze sobą kilka książek, mapy, ubrania, aparat fotograficzny. Pierwszego dnia robię zapasy żywności, żeby potem od czasu do czasu kupować jedynie chleb. Jadę sama. Odcinam się. Chodzę z plecakiem po lesie, patrzę, wącham i smakuję powietrze, fotografuję. Myślę, czytam. Robię sama ognisko, piekę kiełbaski, piję piwo. Sama wpatruję się w dogasające węgielki, spoglądam w gwiazdy. Zasypiam, kiedy chcę. Nie budzi mnie żaden budzik. Nie mam telewizora, radia, komputera. Nie dzwonią znajomi, nie dostaję smsów. Nie inicjuję żadnych kontaktów. Zespalam się z ciszą. Konsumuję upływający czas wg swojego widzimisię. Liczę wg swojego licznika. Mogę go spowalniać, przyspieszać.
Poczułabym siebie. Może nie chciałabym wracać?
14 grudnia, 2011
GRANICZNIE
Zauważyłam, że przebieg procesów decyzyjnych w mojej głowie odbywa się, mówiąc najogólniej, dość specyficznie. I inaczej, niż jeszcze kilka tygodni temu. Pewnie się to z czasem zmieni i wróci do normy, ale warto chyba zjawisko to odnotować.
Zauważyłam, że przebieg procesów decyzyjnych w mojej głowie odbywa się, mówiąc najogólniej, dość specyficznie. I inaczej, niż jeszcze kilka tygodni temu. Pewnie się to z czasem zmieni i wróci do normy, ale warto chyba zjawisko to odnotować.
Pomiędzy
możliwością podjęcia skrajnych na pozór decyzji nie wyczuwam właściwie
żadnej różnicy, nie widzę linii podziału, granicy. Poczynając od
czynności prozaicznych, kończąc na poważnych życiowych wyborach. Trwać w
smutku czy cieszyć się, przekazać myśli czy zamknąć się w sobie, wstać z
łóżka czy leżeć bezczynnie, zjeść śniadanie czy cały dzień nie jeść
nic, pisać bloga czy skasować to wszystko, odsłonić zasłony czy
siedzieć w dzień po ciemku, rozmawiać ze sobą czy nie rozmawiać, żyć
jakoś, żyć nijak, nie żyć wcale. Wszystko zlewa się w jeden kłębek o
nieokreślonej formie, strukturze; staje się nienamacalne.
Przytłacza
też świadomość, że pewnie za czas jakiś wstanę, ubiorę się, zjem,
posprzątam, będę się cieszyła i uśmiechała, będę snuła plany, poznawała,
wyciągała wnioski, może nawet postroję miny do lustra.
Instynkt życia, obrona mózgu przed destrukcją. Automatyzm - nic więcej. Dlatego przytłacza.
Ale może tak być musi, może inaczej się nie da, przynajmniej na razie? A może już w ogóle inaczej się nie da? Póki co, nie mam najmniejszego pojęcia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
