30 października, 2011


Ufff. I po bólu. Ważny dzień minął, minął zdecydowanie in plus dla mnie. Czuję się osadzona, określona. Zdecydowanie bliższa siebie i prawdy. Wracam powoli na swoje torowisko. Lada chwila ruszę dalej. Bogatsza, pewniejsza, silniejsza, ale też bardziej świadoma własnych słabości. Życie jednak uczy, choć czasem nauka nieomalże zabija. Śmiem twierdzić, że sytuacje "na granicy", kiedy dotykamy dna samego siebie, uczą najlepiej. Nie zapominamy. Coś się zmienia. I gdy poturbowani pierwszy raz uśmiechniemy się delikatnie do siebie, patrząc w lustro - znów wygraliśmy.
Wracając natomiast do rozpoczętego wczoraj wątku. Niby prosta sprawa z tym czynieniem zła i niezrozumieniem. Rodzimy się z pewnymi strukturami w mózgu, które przeważnie bywają wykorzystywane. Przeważnie, bo przecież są przypadki ludzi wychowywanych przez zwierzęta lub żyjących długo w izolacji. Z ich obserwacji wynika, że rozpowszechniany m.in. przez chrześcijan pogląd, iż człowiek jest z natury dobry, jest pomyłką. "Dzicy ludzie" zwyczajnie przejmowali system wartości i zachowań wychowawców. Wyli o północy, drapali się, gryźli obcych. Ich socjalizacja - bo takie próby poczynano - przynosiła mierne efekty. Na przykład Kacper Hauser, który do 17 roku życia żył w izolacji. Lekarz, który zbadał chłopca, wydał opinię: "Mamy tu do czynienia z istotą, która nie wie nic o bliźnich, nie ma poczucia czasu i nie posiada świadomości samego siebie."
Pomijając jednak te przypadki możemy założyć, że człowiek po narodzeniu zostaje poddany wpływom innych ludzi - rodziców, rodziny, otoczenia materialnego, potem kolegów, koleżanek, mediów, kultury czy szerzej - cywilizacji. Jest zatem od rodzaju, treści tych wpływów uzależniona. Jest taki a taki, bo wychował się w takich a takich warunkach. Czy się o nie prosił, czy nie. W zależności od tego, kogo potem spotka, w jakiej znajdzie się sytuacji, zachowuje się w pewien określony sposób. To, że czyni zło, że bywa nierozumiany, że nie rozumie, nie jest tylko jego zasługą czy winą. Przecież nie miał wpływu na otoczenie i generowane przez nie wpływy, które go ukształtowały. Oczywiście - można pracować nad sobą - samemu bądź z pomocą innych (długotrwała psychoterapia, w cięższych przypadkach leczenie psychiatryczne), jednak czy to przyniesie radykalną zmianę, założywszy nawet, że ktoś zda sobie sprawę i stwierdzi: "coś jest ze mną nie halo"? Leczenie - owszem - w przypadku choroby. Ale kształtowanie osobowości, charakteru, mając powiedzmy skończone lat dwadzieścia kilka? Nie sądzę. Natura ludzka ma jednak pewne ograniczenia.
Poza tym samo zło wymyka się czasem definicji. Kowalski, poczciwy rolnik, może być przez całe życie człowiekiem wielkiego serca, jednak zastawszy żonę w łóżku ze swoim najlepszym przyjacielem, wpada w furię i uderza przyjaciela tak mocno, że ten ginie na miejscu. Czy Kowalski jest „z natury zły"? Czy zło musi się ujawnić w pewnej sytuacji czy też z góry jest wiadome, kto jest z natury zły, a kto nie jest? A może istnieją ludzie „z natury źli", którzy jednak nigdy nic złego nie czynią, albowiem nigdy nie są postawieni w sytuacji, która umożliwia uczynienie zła? Z drugiej strony — może istnieją ludzie z natury dobrzy, którzy jednak zdolni są zabijać (wystarczy przypomnieć doświadczenia obozów koncentracyjnych; dla kromki chleba człowiek jest w stanie zrobić wszystko).
Jak więc widać, sprawa prostą i klarowną nie jest. Czy na czynienie zła, brak zdolności rozumienia jesteśmy skazani? Nie do końca - w pewnym zakresie możemy sobie to uświadomić, zmienić się, możemy też przecież wybierać takich przyjaciół, partnerów, których konstrukcja psychiczna podobna jest do naszej. Jednak jest jakiś rdzeń, jądro - nie do ruszenia. Może to przeznaczenie, że stajemy się tacy, a nie inni. A może zbieg okoliczności, szereg "przypadków". Nie wiem. Smutne to, że pewnych rzeczy zmienić się nie da. Nie wierzę w amerykański mit, że jeśli chcemy, możemy właściwie wszystko. Chore podejście. Możemy bardzo chcieć, a wylądować w rynsztoku. Niemożliwe? A tzw. zło niezawinione? Wypadki losowe? Wyjdziesz jutro po zakupy i przechodząc na zielonym świetle spotkasz się z ciężarówką prowadzoną przez pijanego faceta. I co?
Czasem zapominamy, jacy jesteśmy mali, ograniczeni.
Mi jednak to wszystko nie zabija optymizmu. Sprawia jedynie, że jestem skromna. Nie krzyczę. Raczej słucham. I nie twierdzę, że wszystko mogę.

29 października, 2011



29 października 2011 roku, w głównej mierze pod wpływem szeregu wydarzeń w moim życiu chyba "najgrubszego kalibru" od ładnych  kilku miesięcy, wznowiłam zastanawianie się, dlaczego ktoś robi drugiej osobie krzywdę. Dlaczego my robimy krzywdę, często starając się z całych sił, by złego nie czynić. Skąd tyle niezrozumienia w nas, skąd rozbieżności dotyczące "prawidłowych" zachowań. Gdzie tkwi przyczyna, może wina. Nie wnikając w konkretne typy relacji i nie wdając się w analizy personalne można spróbować ugryźć problem bardziej ogólnie. Ale o tym już jutro. Albo pojutrze. Bo jutro mam ważny dzień. Dziwny. Trudny. Dużo ostatnio przełomów. Coś nagle pęka, coś się rodzi. Ktoś zapuszcza korzenie przyjaźni, okazując zrozumienie, będąc, uczestnicząc. Bije wręcz po oczach widok tych, którzy są, pomagają. Taki nieprzemyślany egzamin - dla siebie, dla innych. Ale może to dobrze. Może to jakieś oczyszczenie, poznanie prawdy, okazja, by stać się lepszym człowiekiem. Oby. 


08 października, 2011

2x0,25 mg A.
Poszło.

Cały czas, gdy wstaję rano, boli mnie głowa. Budzę się ze wszystkimi emocjami, odczuciami, o których staram się zapomnieć. Jestem silną fizycznie kobietą - mimo to wstanie z łóżka staje się nadludzkim wysiłkiem. Pewnie to kiedyś minie, ale też w jakimś sensie na zawsze zostanę inwalidą.
Chyba będąc świadomą powoli próbuje zepchnąć ból, przykrość i żal w podświadomość. Standardowo więc najpierw głowa, potem żołądek, a na końcu walka z wykrzesaniem sił, by odgarnąć przykrycie i iść do łazienki. Do tej pory spałam pod niepowleczoną kołdrą. Z obojętności, z braku chęci na zajmowanie się tak prozaicznymi czynnościami. Odgarnięcie kołdry przychodzi z trudem. Jest ze śliskiego,
błyszczącego materiału. Na wierzchu robi się przez noc zimna, odpychająca. Podobnie jak otaczające powietrze. Zostać, zasnąć, może się nie obudzić. Tak miło.

Chciałabym mieć dom z bali. Na działce gdzieś pod Warszawą. Taki, który budują górale. Stoi sto lat. Ogrzewanie byłoby kominkowe. Codziennie podkładałabym szczapy drewna. Grube, by dłużej trzymało ciepło. Wpatrywałabym się w ogień, potem w dogasające węgle. Taki codzienny rytuał. Musiałaby być też biblioteka. Nie czytam wszystkich książek, które mam. Ale lubię się nimi otaczać. W kuchni wisiałyby pęczki czosnku, cebuli, których nienawidzę. Wszystko w drewnie, w ciepłych, pastelowych kolorach. I ten zapach. Nie wiem jeszcze, czy dzieliłabym dom z psem labradorem lub owczarkiem niemieckim (bo te lubię najbardziej), z mężczyzną, mężem czy rodziną. Nie myślę o tym. Myślę o cieple, bezpieczeństwie, ciszy. O radości z drobnostek. O codziennych banalnych zajęciach - ceremoniach. O parzeniu kawy, o obiedzie. O zabawie z psem w ogrodzie. O ognisku. O patrzeniu w gwiazdy. O czytaniu, kiedy na zewnątrz siąpi deszcz. O wygrzewaniu się przed kominkiem. O słuchaniu Preisnera, Led Zeppelina czy The Doors.
Mam też wizję mieszkania artystycznie socjalistycznego, w Warszawie. Kawalerki nawet - byleby był duży salon. Niepomalowane ściany, o nierównej fakturze - zarzucane cementem. Kafle na podłodze. Minimalizm. Na środku duży, pompowany fotel w jaskrawym kolorze. Naprzeciwko wzmacniacz, odtwarzacz CD, biała mata do projekcji filmów. W rogach kolumny głośnikowe. I koniecznie zdjęcia na ścianach, czarno-białe. Jakieś motywy socjalistyczne, streety. Dźwięk w takim salonie rozchodziłby się inaczej. Nie byłoby żadnego wytłumienia. Wówczas muzyka jest żywa, z echem. Nieco zniekształcona, ponieważ fale dźwiękowe odbijają się, nakładają, docierają do uszu z opóźnieniem. Książki leżałyby na podłodze, poukładane w stosy. Do spania - metalowe, duże łóżko, ze stelażem zrobionym przez kowala-artystę. Koniecznie nieskazitelnie biała pościel.


Różnią się te moje wizje. Ciepło-zimno. Może też taka jestem. Choć chyba jednak niezmiennie ciepła. Tylko czasem uciekam. Albo chciałabym uciec.
Moje zdjęcie
Gdańsk, Pomorskie, Poland