Ufff. I po bólu. Ważny dzień minął, minął zdecydowanie in plus dla mnie. Czuję się osadzona, określona. Zdecydowanie bliższa siebie i prawdy. Wracam powoli na swoje torowisko. Lada chwila ruszę dalej. Bogatsza, pewniejsza, silniejsza, ale też bardziej świadoma własnych słabości. Życie jednak uczy, choć czasem nauka nieomalże zabija. Śmiem twierdzić, że sytuacje "na granicy", kiedy dotykamy dna samego siebie, uczą najlepiej. Nie zapominamy. Coś się zmienia. I gdy poturbowani pierwszy raz uśmiechniemy się delikatnie do siebie, patrząc w lustro - znów wygraliśmy.
Wracając
natomiast do rozpoczętego wczoraj wątku. Niby prosta sprawa z tym
czynieniem zła i niezrozumieniem. Rodzimy się z pewnymi strukturami w
mózgu, które przeważnie bywają wykorzystywane. Przeważnie, bo przecież
są przypadki ludzi wychowywanych przez zwierzęta lub żyjących długo w
izolacji. Z ich obserwacji wynika, że rozpowszechniany m.in. przez
chrześcijan pogląd, iż człowiek jest z natury dobry, jest pomyłką.
"Dzicy ludzie" zwyczajnie przejmowali system wartości i zachowań
wychowawców. Wyli o północy, drapali się, gryźli obcych. Ich
socjalizacja - bo takie próby poczynano - przynosiła mierne efekty. Na
przykład Kacper Hauser, który do 17 roku życia żył w izolacji. Lekarz,
który zbadał chłopca, wydał opinię: "Mamy tu do czynienia z istotą,
która nie wie nic o bliźnich, nie ma poczucia czasu i nie posiada
świadomości samego siebie."
Pomijając
jednak te przypadki możemy założyć, że człowiek po narodzeniu zostaje
poddany wpływom innych ludzi - rodziców, rodziny, otoczenia
materialnego, potem kolegów, koleżanek, mediów, kultury czy szerzej -
cywilizacji. Jest zatem od rodzaju, treści tych wpływów uzależniona.
Jest taki a taki, bo wychował się w takich a takich warunkach. Czy się o
nie prosił, czy nie. W zależności od tego, kogo potem spotka, w jakiej
znajdzie się sytuacji, zachowuje się w pewien określony sposób. To, że
czyni zło, że bywa nierozumiany, że nie rozumie, nie jest tylko jego
zasługą czy winą. Przecież nie miał wpływu na otoczenie i generowane
przez nie wpływy, które go ukształtowały. Oczywiście - można pracować
nad sobą - samemu bądź z pomocą innych (długotrwała psychoterapia, w
cięższych przypadkach leczenie psychiatryczne), jednak czy to przyniesie
radykalną zmianę, założywszy nawet, że ktoś zda sobie sprawę i
stwierdzi: "coś jest ze mną nie halo"? Leczenie - owszem - w przypadku
choroby. Ale kształtowanie osobowości, charakteru, mając powiedzmy
skończone lat dwadzieścia kilka? Nie sądzę. Natura ludzka ma jednak
pewne ograniczenia.
Poza tym samo zło wymyka się czasem definicji. Kowalski, poczciwy rolnik, może być przez całe życie człowiekiem wielkiego serca, jednak zastawszy żonę w łóżku ze swoim najlepszym przyjacielem, wpada w furię i uderza przyjaciela tak mocno, że ten ginie na miejscu. Czy Kowalski jest „z natury zły"? Czy zło musi się ujawnić w pewnej sytuacji czy też z góry jest wiadome, kto jest z natury zły, a kto nie jest? A może istnieją ludzie „z natury źli", którzy jednak nigdy nic złego nie czynią, albowiem nigdy nie są postawieni w sytuacji, która umożliwia uczynienie zła? Z drugiej strony — może istnieją ludzie z natury dobrzy, którzy jednak zdolni są zabijać (wystarczy przypomnieć doświadczenia obozów koncentracyjnych; dla kromki chleba człowiek jest w stanie zrobić wszystko).
Jak więc widać, sprawa prostą i klarowną nie jest. Czy na czynienie zła, brak zdolności rozumienia jesteśmy skazani? Nie do końca - w pewnym zakresie możemy sobie to uświadomić, zmienić się, możemy też przecież wybierać takich przyjaciół, partnerów, których konstrukcja psychiczna podobna jest do naszej. Jednak jest jakiś rdzeń, jądro - nie do ruszenia. Może to przeznaczenie, że stajemy się tacy, a nie inni. A może zbieg okoliczności, szereg "przypadków". Nie wiem. Smutne to, że pewnych rzeczy zmienić się nie da. Nie wierzę w amerykański mit, że jeśli chcemy, możemy właściwie wszystko. Chore podejście. Możemy bardzo chcieć, a wylądować w rynsztoku. Niemożliwe? A tzw. zło niezawinione? Wypadki losowe? Wyjdziesz jutro po zakupy i przechodząc na zielonym świetle spotkasz się z ciężarówką prowadzoną przez pijanego faceta. I co?
Poza tym samo zło wymyka się czasem definicji. Kowalski, poczciwy rolnik, może być przez całe życie człowiekiem wielkiego serca, jednak zastawszy żonę w łóżku ze swoim najlepszym przyjacielem, wpada w furię i uderza przyjaciela tak mocno, że ten ginie na miejscu. Czy Kowalski jest „z natury zły"? Czy zło musi się ujawnić w pewnej sytuacji czy też z góry jest wiadome, kto jest z natury zły, a kto nie jest? A może istnieją ludzie „z natury źli", którzy jednak nigdy nic złego nie czynią, albowiem nigdy nie są postawieni w sytuacji, która umożliwia uczynienie zła? Z drugiej strony — może istnieją ludzie z natury dobrzy, którzy jednak zdolni są zabijać (wystarczy przypomnieć doświadczenia obozów koncentracyjnych; dla kromki chleba człowiek jest w stanie zrobić wszystko).
Jak więc widać, sprawa prostą i klarowną nie jest. Czy na czynienie zła, brak zdolności rozumienia jesteśmy skazani? Nie do końca - w pewnym zakresie możemy sobie to uświadomić, zmienić się, możemy też przecież wybierać takich przyjaciół, partnerów, których konstrukcja psychiczna podobna jest do naszej. Jednak jest jakiś rdzeń, jądro - nie do ruszenia. Może to przeznaczenie, że stajemy się tacy, a nie inni. A może zbieg okoliczności, szereg "przypadków". Nie wiem. Smutne to, że pewnych rzeczy zmienić się nie da. Nie wierzę w amerykański mit, że jeśli chcemy, możemy właściwie wszystko. Chore podejście. Możemy bardzo chcieć, a wylądować w rynsztoku. Niemożliwe? A tzw. zło niezawinione? Wypadki losowe? Wyjdziesz jutro po zakupy i przechodząc na zielonym świetle spotkasz się z ciężarówką prowadzoną przez pijanego faceta. I co?
Czasem zapominamy, jacy jesteśmy mali, ograniczeni.
Mi
jednak to wszystko nie zabija optymizmu. Sprawia jedynie, że jestem
skromna. Nie krzyczę. Raczej słucham. I nie twierdzę, że wszystko mogę.
